Obserwacje Słońca

Mówiliśmy przed chwilą o płomieniach słońca i porównywaliśmy powierzchnię tej gwiazdy promiennej do palącego się oceanu ponczowego.

Istotnie nad ruchomym oceanem, o którym tylko co była mowa i który otrzymał nazwę fotosfery, tj. ognistej kuli (tak przedstawia się słońce dla oka nieuzbrojonego), nad tą powierzchnią olśniewającą wznosi się cienka warstwa różowego gazu, ognista warstwa od dziesięciu do piętnastu kilometrów wysoka. Atmosfera ta różowego płonącego gazu otrzymała nazwę chromosfery czyli kuli zabarwionej. Owa kula barwna składa się z gazu tak rozpalonego, iż trudno wyobrazić sobie stopień jego temperatury. Wodór płynie tam stale wśród pary żelaza, manganu sodu i wielkiej liczby innych metali. Siła palenia jest tak straszliwa, iż pierwiastki nie tworzą związków, lecz są rozdzielone. Wodór i tlen np. nie łączą się tam jak na naszym świecie,  aby wytworzyć wodę chociażby w stanie pary, cząsteczki ich odpychają się wzajemnie; to samo dzieje się i ze wszystkimi innymi pierwiastkami; żar tego pieca rozdziela i odosabnia, że tak powiemy, jedne atomy od drugich.

Z tej to przezroczystej i różowej ognistej warstwy słonecznej wznoszą się płomienie, powstają wybuchy straszliwe, wobec których nasze wulkany wydają się skromnymi i zimnymi kretowiskami. Tygiel roztopionego żelaza wylanego na słońce wydałby się strumieniem ze śniegu i lodu. Widziano wybuchy słoneczne wylatujące w przeciągu kilku minut na wysokość stu tysięcy kilometrów i spadające następnie jako deszcz ognisty na rozpalony, nigdy nie gasnący ocean.

Plamy słoneczne badać można bezpośrednio przy pomocy lunety astronomicznej. Płomienie zwane także wypukłościami albo wyskokami, chociaż lekko różowe są jednak tak przezroczyste, iż wspaniałość słońca zaćmiewa je stale. Dla odkrycia ich posługujemy się spektroskopem, narzędziem składającym się z pryzmatu i małej lunety. Ową lunetę pryzmatyczną skierujemy do brzegu słońca, nie dotykając wszakże takowego, gdyż słońce swym blaskiem wszystko by zatarło; wówczas dojrzeć można lekkie płomienie, rozchodzące się we wszystkich kierunkach, posiadające najdziwaczniejsze kształty i pływające niekiedy w atmosferze słonecznej, jak lekkie obłoki świetlane.

Objawy te czynności słonecznej są zmienne i podlegają ciekawemu prawu periodyczności. W niektórych latach gwiazda słoneczna okrywa się olbrzymimi plamami, wstrząsana jest gwałtownymi burzami, najeżona olbrzymimi płomieniami. W innych latach przeciwnie widzimy słońce ciche, spokojne, jak gdyby odpoczywało i nabierało sił nowych do przyszłych wstrząśnień.

Co jest najciekawsze, to że zmiany te objawiają się z pewną regularnością, w pewnym porządku. Maximum plam i wybuchów wypada mniej więcej w środku tego okresu. I tak, ostatnie maximum przypadło w 1883 przy końcu roku, co wyraża się w ułamkach dziesiętnych przez liczbę 1883,9. Poprzednie maximum przypadło w 1870,9; a jeszcze dawniejsze w latach 1859,7 i 1847,8. Ostatnie minimum było w r. 1889,1. Dawniejsze minima przypadły na lata: 1878,9, 1867,0

Owa periodyczność jest godna uwagi. Niemniej zastanawia fakt, iż magnetyzm ziemski, ruchy strzałki magnetycznej oraz zorze północne objawiają podobną periodyczność i w zupełności odpowiadają wahaniom czynności słonecznej.

Słońce rządzi losami ziemi. Życie nasze oraz życie wszystkich zwierząt i roślin jest w zależności od jego promieni. W chwili gdy słońce zgaśnie, nasz zastygły planeta stanie się ponurym cmentarzem i potoczy swe zlodowaciałe szczątki Wśród wiecznej nocy.

Wiemy z poprzedniego rozdziału, iż ziemia jest planetą krążącym rocznie około tego ogniska światła, ciepła i życia i że inne światy są tak jak i ona przyciągane przez toż samo ognisko. Między słońcem a ziemią spotykamy Merkurego, później Wenus. Po za ziemią w porządku odległości napotykamy Marsa, drobne planety, Jowisza, Saturna, Uranusa i Neptuna.

Gdybyśmy chcieli w naszym opisie postępować według bardzo ścisłej metody, powinnyśmy teraz, gdy znamy słońce przynajmniej w jogo głównych zarysach – zwiedzić różne prowincje archipelagu słonecznego w porządku ich odległości, począwszy od Merkurego, skończywszy na Neptunie. Lecz z jednej strony rozpoczęliśmy tę książkę od opisu ziemi: było to niezbędnym, gdyż mieszkamy na niej i widzimy stąd cały wszechświat. Z drugiej strony, jest pewne ciało niebieskie dosyć zajmujące dla nas z powodu jego bliskiego sąsiedztwa, z ciekawych zjawisk jakie przedstawia w postaci zaćmień, i wreszcie ze znaczenia jakie odgrywało i jeszcze odgrywa w kalendarzu, w mierzeniu czasu, przypływach morskich itd. Ciałem tern jest księżyc. Nie posiada on żadnego rzeczywistego znaczenia. Jest to satelita naszej planety. Mars posiada satelitów dwa, Jowisz cztery, Saturn osiem, Uran cztery najmniej. Neptun prawdopodobnie tyleż, jeżeli nie więcej, chociaż znamy tylko jednego z jego satelitów. Lecz zanim zwiedzimy inne światy i puścimy się w nieskończoność, zatrzymajmy się przez chwilę na księżycu, gdyż jako nasz bliski sąsiad interesuje nas najwięcej, a prócz tego posiadamy pewne wiadomości o jego powierzchni. Opisaliśmy naszego planetę, przyszła teraz kolej na jego towarzysza.